Plany miejscowe powinny być bardziej elastyczne

Aleksander Walczak

Aleksander Walczak

Ta szczegółowość nieraz jest źródłem błędów. Przykładem może być choćby liczba kondygnacji nowego obiektu przewidziana w planie miejscowym. Architekt zamiast określić minimalną wysokość budynku, bo o to chodzi w strukturze architektury, określa liczbę poziomów. Plan nakazuje potem, zrealizowanie na przykład trzech kondygnacji po to, żeby budynek miał 10 metrów. My tę samą wysokość osiągamy, budując jedynie dwie kondygnacje. Przez takie szczegółowe zapisy dochodzi do paranoicznych sytuacji, kiedy trzeba albo starać się mądrze ominąć ustanowione przez planistów zasady, co często generuje dodatkowe koszy, albo miesiącami lub latami zmieniać plan.
 
Wiele osób dotrzega dziś potrzebę uelastycznienia planów miejscowych. Umożliwia to lepsze zagospodarowanie terenu. Lepsze, to znaczy też takie, które pozwala na zrealizowanie inwestycji w określonej sytuacji ekonomicznej. Cokolwiek nie byłoby w planie, nie będzie można tego zrealizować, jeśli inwestycja nie znajdzie uzasadnienia ekonomicznego. Nieraz planiści zapominają o tym, bo sami inwestycji nie realizują.

Należy też pamiętać, że inwestor nie buduje obiektu, który ma stać kilka lat, ale dziesięciolecia, albo dłużej, uwzględniając wszelkie modernizacje. Inwestorowi nie chodzi o to, by ustawić coś brzydkiego i tandetnego, bo to przyniosłoby mu tylko szkodę. W wielu samorządach pokutuje jednak nadal to myślenie, że inwestor dąży do zrealizowania bardzo słabych projektów i planista musi stać na straży ich jakości. Nie jest to potrzebne, bo inwestor sam wie, że w jego interesie jest zrealizowanie centrum spełniającego odpowiednie standardy. Widać zatem, że kontrola ze strony planistów posuwa się zbyt daleko. Powoduje ponoszenie niepotrzebnych kosztów przez dewelopera. To zaś przynosi szkodę społeczności lokalnej. Koszty wpływają na wysokość czynszów i pośrednio na wzrost cen towarów. Na końcu więc płaci za to klient.

Reklama

Galeria Jurajska