[WYWIAD] Damian Gosławski, dyrektor rozwoju NYHD: rynek gastronomiczny mocno się oczyści

Otworzyliśmy wszystkie punkty w galeriach handlowych, ale tu muszę podkreślić, że negocjacje z zarządcami przebiegają bardzo ciężko. Najgorsze jest to, że zamiast walczyć o poprawę sprzedaży, która tak drastycznie spadła, musimy zmagać się z kwestiami umów najmu – mówi w rozmowie z Retailnet Damian Gosławski, Dyrektor Działu Rozwoju sieci New York Hot Dog.

New York Hot Dog to sieć gastronomiczna mająca ok. 50 lokali na terenie całego kraju.

New York Hot Dog jest w większości złożona z punktów franczyzowych. Jak się wraca po pandemii?

Mamy 7 lokali własnych w Łodzi, pozostałe 40 to lokale franczyzobiorców których wspieramy podpowiadając im nawet jak rozwiązywać kwestie związane z dotacjami dla małych przedsiębiorców. Studiujemy ustawy i pokazujemy im, jak się w tym gąszczu przepisów poruszać.

W całej branży gastronomicznej sytuacja jest trudna, bądź bardzo trudna. Szczególnie ciężko było na samym początku, kiedy pozwolono na otwarcie lokali, ale te wszystkie restrykcje, które wprowadzono paraliżowały gości i klienci nie bardzo wiedzieli jak się zachować w lokalu, kiedy i czy wolno zdjąć maskę, jak zajmować miejsca. Mieliśmy znaczne spadki sprzedaży nawet na poziomie 80 proc. Więc nawet pomimo otwarcia części lokali było trudno. Ponadto przez ponad 2 miesiące byliśmy wyłączeni z handlu w galeriach handlowych.

Dużym problemem było też to, że nie dawaliśmy rady magazynowo. Produkty, które sprzedajemy są świeże i przed pandemią musieliśmy podjąć decyzję czy zatowarowujemy się na maxa bo mogą zamknąć jakąś fabrykę czy działamy na bieżąco. Podjęliśmy ryzyko pełnego zatowarowania, a w ciągu kilku następnych dni zamknięte zostały wszystkie nasze lokale. Nikomu nie trzeba tłumaczyć, jakie straty ponieśliśmy. I tego już nikt nam nie zwróci.

Jak zatem obecnie funkcjonują lokale w galeriach handlowych?

Nie jest łatwo. Mam wrażenie, że im większe galerie, tym gorzej. Mniejszym przychodzi łatwiej. Te galerie, które stawiały na modę, rozrywkę i atrakcje dodatkowe wciąż nie mogą się otrząsnąć. Okazało się, że po pandemii ludzie do tego typu obiektów nie wracają już tak chętnie gdyż cały czas boją się o zdrowie. Natomiast jeśli galeria już przed pandemią była oparta na dobrej spożywce, to ludzie musząc robić zakupy spożywcze chętniej i częściej tu wracają. I to wszystko widać także po naszych punktach. Największe modowe i rozrywkowe galerie jeszcze się nie odbudowały i ta tendencja wzrostowa  jest bardzo powolna.

Podjęliście próby renegocjacji czynszów w tych najtrudniejszych lokalizacjach?

Otworzyliśmy wszystkie punkty w galeriach handlowych. Ale tu muszę podkreślić, że te negocjacje z galeriami przebiegają bardzo trudno. Każdy ma jakieś zobowiązania finansowe i nikt nie chce odpuścić. Każda ze stron ma też swoje interpretacje prawne i nie wszyscy chcieli negocjować, a co dopiero mówić o pomocy w tej trudnej sytuacji. Efekt jest taki, że z niektórymi nadal prowadzimy negocjacje i z niektórymi pewnie nawet skończą się one dopiero w sądzie. Najgorsze jest to, że zamiast walczyć o poprawę sprzedaży, która tak drastycznie spadła, musimy zmagać się z kwestiami umów najmu.

Ile teraz punktów NYH działa? Wszystkie zostały ponownie otwarte?

Paradoksalnie, lokali mamy więcej, niż przed pandemią. Część sprzedaży stanowią bowiem placówki sezonowe działające nad morzem, w kurortach nadmorskich. Teraz mamy ok. 50 punktów sprzedaży w tym 10 nad morzem. Dalszą ekspansję wstrzymaliśmy i zamroziliśmy rozmowy o  nowych punktach. Postawiliśmy na lokalizacje nadmorskie sezonowe licząc na to, że może tam nam się uda nadrobić straty bo z szacunków branży turystycznej wynikało, że w związku z zamknięciem granic i obawą przed wirusem sporo Polaków wybierze się właśnie nad polskie morze. Przeliczyliśmy się, bo to nie do końca się sprawdziło. Polacy, owszem wyjechali, ale niekoniecznie nad morze. Wybrali raczej te lokalizacje mniej popularne i miejsca gdzie są domki, a nie regularne kurorty. Ludzi nad morzem jest zatem sporo mniej niż zazwyczaj. Punkty nad morzem działają na 70 proc. tego, co zakładaliśmy.

Kiedy to wszystko, Pana zdaniem, wróci do normy?

Nigdy. Ten świat już się zmienił i nie ma powrotu do tego, co było przed pandemią z prostej przyczyny – ludzie zmienili swoje przyzwyczajenia. Inaczej wygląda sprzedaż w realu i w internecie. Rzeczywistość nas zaskoczyła. To, co kupowaliśmy w sklepach teraz kupujemy w internecie i jedzenie też zamawiamy przez internet. Tylko problem w tym, że my działamy także w galeriach, a nie wirtualnie i ludzie albo do nas przychodzą coś zjeść albo nie. I to już nie wróci do poziomu, który był.

Teraz wszyscy żyją z dotacji i udają, że nie jest źle, ale zaraz dotacje się skończą i rzeczywistość zajrzy ludziom w oczy i rynek się oczyści. Część przedsiębiorców padnie, część wejdzie na ich miejsce. Teraz jest więc najtrudniejszy okres bo wszyscy działają myśląc, że będzie dobrze, a dobrze nie będzie i na rynku zostaną tylko ci najsilniejsi.

Spodziewacie się zamknięć?

U nas zamknięć raczej nie będzie bo mocno wspieramy naszych ludzi i w ramach możliwości bardzo im pomagamy. W dużej mierze zrezygnowaliśmy z swoich profitów, które do tej pory mieliśmy ze współpracy z franczyzobiorcami, żeby pomóc utrzymać się całej sieci.

NYH to sieć prosperująca w ramach kilku formatów. Poza lokalami stacjonarnymi prowadzicie też wyspy handlowe i punkty mobile. Te ostatnie chyba najbardziej sprawdzają się w tych trudnych czasach?

Punkty mobilne pomagają w sezonowym funkcjonowaniu, ale nie w funkcjonowaniu całości biznesu. Raczej większych szans szukamy w sprzedaży w internecie. Rynek delivery bardzo przyspieszył. Wszyscy chcemy jedzenia z dostawą do domu, szybko, świeżo i od ręki. To jest jakaś szansa dla branży gastronomicznej. Choć aktualnie mamy do wyboru zaledwie kilku operatorów i nie możemy działać na wszystkich rynkach. Liczymy zatem na rozwój tego segmentu i oferty bardziej konkurencyjne cenowo.

 

Rozmawiała Katarzyna Łabuz